Goblins by Maciej

Wiuuuuuu…

Kolejny wybuch szalonej euforii przetoczył się wśród nocnych goblinów oglądających przedstawienie. Niektóre wiwatowały nadaremno wzywając Gorka albo Morka. Inne tarzały się w histerycznym śmiechu. Część, ta która jeszcze nie piła muchomorowego wywaru, udawała ze równie dobrze się bawi, ale co sprytniejsze już przepychały się do kociołków rozstawionych tu i ówdzie nad ogniskami. Grazog rozwalony leniwie na kamieniu, z którego rano kazał wykuć sobie prowizoryczny tron, bezwiednie mazał patykiem w błocie. Zastanawiał się czy zabawa przeniesie się na wyższy poziom, gdy do garów dorwą się fanatycy i zaczną machać kulami. Spod leniwie przymkniętych powiek zobaczył Burzoga. Szefa Patyczaków, przytruchtał do niego niczym świeżo rozpęknięty mały squig, który z tymi słodkimi maślanymi oczkami prosi o pierwszy ochłap mięsa.

– Wielka Szefa, mogę, mogę, mogę? – był wyraźnie podniecony – mogę, mogę, mogę następny?

Grazog od niechcenia machnął dłonią wyrażając aprobatę. Burzog rozpromienił się jakby właśnie znalazł największego, najczerwieńszego muchomora pod tymi górami.

– Chopaki, dawać następny! – krzyknął sługa.

Kiedy Wielka Szefa obserwował jak kolejny goblin ubiera skrzydła i szpiczasta czapę był trochę zmartwiony. Fakt, zabawa w wystrzeliwanie koczowniczych pobratymców z ogromnej procy była przednia, ale nie dawało mu spokoju że oni wcale się tym nie przejmują. Wyglądali wręcz na zadowolonych.

 

Wiuuuuuu…

Następny goblin poszybował nad polana w kierunku lasu i zniknął w nisko wiszących chmurach.

– Szefa! Ale urwał! Ten na pewno doleci do Brodaczy! – ekscytował się Burzog.

Taaaa. Gdzieś tam, za tym lasem były Brodacze. W zasadzie zaczęło się od tego ze Mike przyszedł do niego i nieskładnie gadał cos ze wilki zwietrzyły i w ogóle. Pamiętał jak cały ranek uświadamiał Bugge, Gugge i Rugge żeby nie dawali wywaru z muchomorów Mike’owi i jego jeźdźcom, ale szczwany lis musiał kogoś przekupić, oszukać, albo komuś zagrozić, bo już około południa pusty kocioł wylizywały wilki a Mike ze swoimi chopakami byli na ostrym haju. Skąd w ogóle wziął się Mike? To znaczy wiadomo skąd, jak każdy przyzwoity goblin wyrósł z grzybni, ale skąd takie imie? Już zamierzał odpłynąć w beztroskie dywagacje, gdy stojący obok niego z wielkim, przesadnie złotym ksienżycem Oglog delikatnie go szturchnął i wskazał na cos w tłumie. Widok był zaiste przerażający. Oto wśród tłuszczy, rozbawionych, roznarkotyzowanych goblinów zobaczył najstraszniejszy widok, jaki mógł zobaczyć. Wielka, czerwona, szpiczasta czapa zmierzająca w jego kierunku. Zaklął siarczyście w myślach. Wielka Czapa znowu wylazł ze swojego namiotu żeby zepsuć imprezę. Zaraz tu będzie, znowu zacznie cos niezrozumiale bełkotać i spali cały nastrój. A on był Wielka Szefa i przecież nie mógł nigdzie uciec. Był w pułapce.

– O wielki nasz przywódco – zaczął Czapa podchodząc do tronu – czy nie uważasz ze powinniśmy zaprzestać tych swawolnych harców? Twoje zastępy musza być gotowe na starcie które przed nami.

„Czemu Czapa zawsze tak bredzi, a nie może mówić po goblińsku”, pomyślał. „Pewnie poprzestawiało mu się od tej magii.”

– Niecni wrogowie nasi na pewno już na nas nastają, a Ty uszczuplasz nasze siły wystrzeliwując hufce w las.

„No i co z tego? To przecież zajebista zabawa!”

– Zbierz armie i wojska i ruszajmy wartko na wroga, aby sprawić mu porządnego łupnia.

Tego ostatniego zdania już zupełnie nie zrozumiał.

– Masz rację wielki szamanie – „o cokolwiek Ci chodzi” dodał w myślach.

Podniósł się z tronu, wrzasnął i uciszył cala ferajnę.

– Burzoooooog!!! DAWAJ NASTĘPNEGO!!!!

 

Wiuuuuuuu…..

Advertisements