The Empire by Enrico

Kilkunastoosobowy oddział lekkiej jazdy wyłonił się z lasu i zbliżył do otwartej bramy prowadzącej na teren dworku. Dowódca oddziału, Otto Krausser, podjechał do strażnika przy bramie i zapytał:

– Komu mam oddać tego cudaka? – wskazał na worek przy swoim siodle.
– Już żeście się uwinęli? – zdziwił się strażnik.
– Szybko poszło, pełno się tej zarazy szwenda po lasach. To komu to oddać?
– Kapitanowi Johannowi, powinien być na strzelnicy – strażnik wyciągnął rękę w kierunku pobliskich zabudowań.

Otto skinął głową i ruszył we wskazanym kierunku, nie mógł się już doczekać momentu w którym pozbędzie się swego nietypowego jeńca. Lokator przytroczonego do siodła worka już tylko z rzadka wykonywał nieskoordynowane ruchy, niestety nadal śmierdział. Reszta oddziału skierowała się ku stajni.

Kapitan Johann Jost zauważył zbliżającego się jeźdźca i ruszył powoli w jego kierunku, pozostawiając początkujących adeptów łucznictwa samych sobie.

– Panie – odezwał się jeździec zsiadając z konia – znaleźliśmy kolejną kolonię grzybów. Jednego z nich zgodnie z umową złapaliśmy żywcem.
Odwiązał worek od siodła i rozchylił na tyle żeby można było zajrzeć do środka.
– Doskonale, otrzymacie swoją zapłatę – Johann wyciągnął rękę po worek – chyba, że jesteście zainteresowani przedłużeniem kontraktu i dodatkowym złotem? Szukamy bardziej permanentnego rozwiązania naszego problemu z grzybami.

Otto krytycznie spojrzał na łuczników posyłających kolejne strzały w kierunku ustawionych tarcz. Tylko kilka pocisków tkwiło wbitych w cel.

– W lesie spotkaliśmy ogra, z którym chwilę porozmawialiśmy – odpowiedział po chwili namysłu – Jest w miarę przyjaźnie nastawiony do ludzi i tak jak my ma dość tych grzybowych upierdliwców. Obiecał też że postara się skierować nam do pomocy swoich dawnych kamratów. Jeśli oni się pojawią to my też pomożemy.
– Doskonale, w kwestii finansowej na pewno dojdziemy do porozumienia – powiedział Johann zarzucając sobie worek na plecy – A teraz zajmę się dalszym losem waszego znaleziska.

W komnacie panował mrok, ciężkie atłasowe zasłony blokowały promieniom słońca dostęp do pomieszczenia. Nielicznymi źródłami słabego światła były z rzadka rozstawione na regałach płonące świece. Na środku pomieszczenia stał drewniany stół, a na nim leżał związany… grzyb. O ile zazwyczaj grzybów wiązać nie trzeba, ten szczególny egzemplarz związany być musiał. Wiercił się i próbował uwolnić, miał nogi i zębatą szczękę.
Trzy osoby przypatrywały się z szamoczącemu się stworkowi: Lady Wiktoria von Konigsmark, Johann Jost i czarodziejka Kai Mayer.

– Więc twierdzisz, że jesteś w stanie znaleźć sprawcę inwazji tych pokrak na moje ziemie? – zapytała Wiktoria.
– Oczywiście że jestem – magiczka wydawała się urażona, już samo pytanie zdawało się podważać jej wiedzę i umiejętności – zaklęcia każdego maga mają swój unikalny zapach, wyczuwalny tylko dla tych obdarzonych talentem magicznym. Woń jednych zaklęć jest przyjemna, a innych wręcz przeciwnie. Tutaj mam niestety do czynienia z dość mocno śmierdzącą sprawą. Może stworzę artefakt wykrywający skupiska tej magii, żeby wskazywał nam drogę?
– Zrób cokolwiek co pozwoli nam znaleźć tego grzybofila – Wiktoria wydawała się rozdrażniona kolejną zwłoką – tylko nie cackaj się z tym zbyt długo. Johann dopilnuj, żeby wszyscy byli gotowi do drogi jak tylko Kai skończy to swoje świecidełko.
– Oczywiście milady – odparł Johnn, po czym dodał ostrożnie – Uważam jednak, że powinniśmy jeszcze zaczekać na grupę ogrów, która ma się tu lada dzień pojawić. Będą istotnym wzmocnieniem naszych sił.
– Niech będzie – Wiktoria wzniosła oczy ku górze i westchnęła – zaczekamy.