Bohaterowie Elfich Wojen by Michał Gołkowski

BOHATEROWIE ELFICH WOJEN

– …Trzymać szyk!

Elandriel zaparł tok włóczni o ziemię i zakrył się tarczą na sekundę przed tym, jak pierwsza ze skaczących potworności wbiła się w szeregi pikinierów.

Zdążył zobaczyć tylko rozwartą szeroko paszczękę tak ogromną, że potrafiłaby zmieścić w sobie wojownika wraz z całym wyposażeniem i dwa rzędy pokrzywionych, żółtych zębisk niczym sztylety, zanim czerwono-brunatna kula czystej nienawiści uderzyła tarczowników obok niego, roztrącając zbrojnych na boki, miażdżąc kości i rwąc ciało.

Dziko skowyczący, ledwie trzymający się swego rozszalałego wierzchowca goblin machnął na oślep kijem z zardzewiałym gwoździem, chyba trafiając nawet jednego z pikinierów, lecz cios spełzł niegroźnie po wypolerowanym na lustro hełmie z ulthuańskiej stali, nie zostawiając nawet rysy.

Potwór zaryczał dziko, złapał paszczęką nogę jakiegoś nieszczęśnika, który zupełnym przypadkiem stał zbyt blisko, po czym wybił się dalej, niczym piłka, odskakując w bok i za nich, ku kolejnym regimentom.

Już, już zdawało się, że nawałnica podskakujących niczym piłki stworów rozdepcze, stratuje ich szyki  -kiedy monstrum wierzgnęło w pół skoku, przekręciło się na bok i zaryło w ziemię, rozmaślając dosiadającego go zielonoskórego na papkę.

Kolejny i jeszcze jeden potwór po nim padły, dosłownie ścięte w locie przez istną nawałnicę strzał, wypuszczonych przez stojących za pikinierami łuczników.

Ci po raz kolejny napięli smukłe, wygięte niczym rogi antylopy łuki i wypuścili chmurę pocisków, które pomknęły chyżo i pewnie do celu – wprost w biegnącą już ku armii pod sztandarem Elfów Wysokiego Rodu kolejną grupę goblinów.

Regiment zielonoskórych zakotłował się, kiedy strzały skosiły pierwsze szeregi zielonej lawiny, wbrew rozsądkowi i logice wciąż prącej naprzód, wprost pod ogień elfów. Jęki bólu, skowyt pełen przerażenia i strachu poniósł się ponad szeregami, kiedy reszta goblinów rzuciła się do ucieczki.

Jednakże wtedy zza flanki regimentu wypadła hurgocząca, skrzypiąca potępieńczo machina na czterech krzywych, rozchwierutanych kołach. Dosłownie wypełniające ją, uczepione sękatych desek, zajmujące każdy kawałek dostępnej przestrzeni snotlingi wydały z siebie chóralny wrzask uniesienia, widząc przed sobą tak łatwy cel.

Łucznicy nie zdążyli nałożyć strzał i napiąć cięciw, zanim machina pokonała dzielący ją od nich dystans i wbiła się w ich szeregi.

Elandriel aż zadrżał, widząc, jak wirujące ostrza i kolce wgryzają się w zwarty czworobok, wycinając w nim krwawą bruzdę. Krew zbryzgała powiewający nad jednostką śnieżnobiały sztandar, poleciały na wszystkie strony kawałki ciała i poszarpanych pancerzy. Łucznicy prysnęli na boki, rzucając swój szlachetny oręż i gubiąc strzały; snotlingi zawyły jeszcze głośniej, ze wzmożonymi siłami napierając na ramiona prymitywnej drezyny…

I wtedy w piekielną machinę uderzył utkany z ognia ptak, który momentalnie objął i zamknął w uścisku płonących skrzydeł drewnianą konstrukcję wraz z jej pasażerami. Wrzask tryumfu przeszedł w skowyt przerażenia, gdy w jednym okamgnieniu cała konstrukcja zajęła się ogniem, zamieniając się w płonący karkas pełen drgających, pokrytych zwęgloną skórą trupów.

Stojący po przeciwległej stronie szyku armii elficki mag opuścił rękę, wygasił ostatek energii magicznej zaklęcia i pozwolił sobie na westchnienie ulgi. Mało brakowało, a tamci przebili by się dalej, co mogło doprowadzić do…

Ale nie zdążył dokończyć tej myśli, bo w tym samym momencie jego pierś eksplodowała bryzgiem krwi. Popatrzył, nie za bardzo rozumiejąc, na wystający z jego mostka kolec jadowy – i poleciał w tył, szarpnięty z niewyobrażalną wręcz siłą przez wijący się wężowymi splotami ogon ogromnej, pokrytej łuskami bestii.

Wiwerna zaryczała wściekle, zawinęła ogonem ze wciąż nanizanym na niego, niczym szmaciana lalka, elfickim magiem. Siedzący na jej grzbiecie masywny, zbrojny dwoma toporami ork zawtórował swojemu wierzchowcowi: tak! To był jego żywioł, po to się narodził, dla tej chwili żył! I jeśli trzeba będzie, to właśnie tak, wśród klangoru walki i charkotu umierających, pisane mu było…

Ork dosłownie zniknął z siodła na grzbiecie wiwerny, zmieciony przez salwę wypuszczonych z balisty oszczepów. Potwór szarpnął się, czując, że nagle zdjęto mu z grzbetu ciężar, obejrzał… Wydał z siebie przeszywający, dziki skrzek radości, machnął skrzydłami i wzbił się w powietrze, w końcu wyrywając się na tak dawno upragnioną wolność.

Załoga balisty zaczęła napinać cięciwę po raz kolejny, już teraz widząc pędzący wprost na nich odział na wpół nagich zielonoskórych, dosiadających na oklep wielkich, rozhukanych odyńców.

Orkowie zaryczeli, przewodzący im szaman zakręcił nad głową kamiennym młotem na długim stylisku…

I w tym momencie prosto w środek oddziału spadła z niebios ogromna, pokryta szaro-burym futrem łapa.

Regiment zielonoskórych, jeszcze przed chwilą zagrażający całej flance elfiej armii, w jednej chwili poszedł w rozsypkę, rozrzucony na boki niczym marionetki. Kilku jeźdźców spadło ze swoich wierzchowców, dziki poprzewracały się, kwicząc i bezradnie młócąc powietrze racicami.

Elandriel aż otworzył usta ze zdumienia, widząc, jak druga taka łapa, równie, niewyobrażalnie ogromna i włochata, uderza w maszerujący na nich oddział zielonoskórych, rozrzuca gobliny na boki.

A potem gigantyczny, giętki niczym macka ośmiornicy ogon spadł spomiędzy chmur i wbił się wprost w jego towarzyszy.

Jakaś przerażająca siła poderwała Elandriela w powietrze, obróciła nim i cisnęła daleko po polu bitwy.

Upadł głową do dołu, przetoczył się bezwładnie; jego włócznia trzasnęła, niczym zapałka, tarcza poleciała gdzieś w bok.  

Zamarł, leżąc na boku.

„To koniec”, pomyślał sobie, „Nie mogę poruszyć nogami…”.

Widział, jak ponad idealnie zielonym, ciągnącym się w nieskończoność polem bitwy przesuwa się kształt tak wielki, że wymykający się pojmowaniu. Ogromne, pokryte ciemnoszarymi pręgami łapy przesuwały się jedna za drugą, ogon kruszył drzewa, niczym zapałki i przesuwał odwieczne ruiny.

Elandriel spojrzał w parę przeogromnych, błyszczących ślepi.

Wszystko zatrzymało się w bezruchu.

Zamarli w pół skoku majestatycznie piękni Smoczy Książęta na swych rączych rumakach.

Zastygła bez ruchu pędząca na nich zielona, uzbrojona w przerdzewiałe włócznie horda.

Pośrodku pola walki zawisła w powietrzu ciśnięta ognista kula.

Zaś gdzieś wysoko ponad nimi, zapewne z samych niebios, w których zamieszkiwali decydujący o ich losach, życiu i śmierci bogowie, przetoczył się niczym grzmot gromu dudniący głos:

– …Kurwa mać, który geniusz zabrał kota na turniej?!